Ile kosztuje wirtualny przyjaciel?
Na popularnym serwisie aukcyjnym ktoś postanowił sprzedać profil przyjaciela na naszej-klasie. Za onetem: “Oferent wystawił na sprzedaż siebie, w postaci dodania swojej osoby do listy znajomych tego kto wygra licytację.”
Już wtedy mnie to zastanowiło… kolejny kawał? Czy to na poważnie? A może to dziennikarze się nudzą i wymyślają takie rzeczy by potem mieć o czym pisać? Kto wie? Serwis zareagował dość szybko,choć na początku nie widział problemu i usunął aukcję ale internauci byli tam prędzej. Zlicytowali “przyjaciela” za blisko 1 mld złotych. Ale to nie koniec. Zabawa trwa, ponieważ twórca ma już naśladowców… ale nie pożyje to to długo… All. będzie kasować wszystkie aukcje,które wykorzystują logo n-k oraz naruszają regulamin tego portalu.
Pozornie burza w szklance wody. Głupi kawał a może chęć szybkiego zarobku? To jednak ciekawe do czego posuwają się internauci… sprzedać się jako przjaciela? I czy taki przyjaciel ma jakąś wartość? “Twoi znajomi z dawnych lat unikają wysyłanych przez Ciebie zaproszeń?”, “Nigdy nie byłeś duszą towarzystwa, a twoja uroda skutecznie wszystkich odstraszała?”, “Chcesz zabłysnąć wśród internetowych kolegów nowymi znajomościami?”, “Szukasz nowych przygód?” No właśnie. Czy kolekcjonowanie znajomych w ogólnodostępnym profilu podnosi samoocenę, nawet jeśli naprawdę ich nie ma?
Z instytucją “znajomych/przyjaciół” w profilu po raz pierwszy zetknęłam się w wizytówce na gazecie. Wysłałam zaproszenia do nie tyle przyjaciół, co do osób których nicki często pojawiały się na forum. Często nawet nie mieliśmy okazji porozmawiać. Dlaczego to zrobiłam? Czy myślałam o osobach, które będą wchodzić na moją wizytówkę? W pierwszej chwili nie. Jakoś chciałam ją zapełnić. Po jakimś czasie sytuacja zmieniła się, jako że i do mnie zaczęto przysyłać zaproszenia. Taka wymiana profili (tak samo działa to na n-k, ja Ciebie, Ty mnie) trwała jakiś czas. Wizytówka zapełniła się… i w pewnym momencie doszłam do wniosku, że należy zrobić porządki. I tu się zawahałam. A jeśli ktoś sie obrazi, że usunęam jego profil, choć sobie za to niczym nie zasłużył? Zrozumiałam, że wpadłam w pułapkę społecznościową. Lekkomyślne dodawanie każdego do znajomych może się różnie skończyć, zwłaszcza jeśli słabo się go zna. Parę osób musiałam skasować z powodu ich wypowiedzi. Kilka innych dlatego, że przestałam bywać na forum na którym pisali. Nie trzeba było czekać długo. Halo przyszło niemal od razu. A przecież z większością tych ludzi nic mnie nie łączyło…
Handel przyjaciółmi może się skończyć jeszcze gorzej… czuję,że jeszcze parę miesięcy a na n-k zaczną się tworzyć struktury mafijne i będą mnie nękać ludzie proponujący sprzedaż narkotyków czy innych specjałów… w końcu każdy moze wysłać wiadomość do każdego…
No i na co komu nieprawdziwy przyjaciel? I to na dodatek w profilu? Co to daje? Sama mam niewiele osób w profilu na n-k… a przecież rekordziści mają po kilkaset… czy też wpadli w podobną pułapkę, jak kiedyś ja na swojej wizytówce?
- Komentować można TUTAJ
Czy społeczność zabija?
Ten wpis powodowany jest silnym przeżyciem emocjonalnym, jakie wywołał u mnie wpis KICIORA na temat historii, która wydarzyła się w prowincjonalnym brytyjskim (południowowaliskim) miasteczku Bridgend. Seria samobójstw bardzo młodych ludzi, których łączyło tylko to… że mieli konta na serwisie społecznościowym Bebo. Niedługo po śmierci każdego z nich pojawiały się strony z kondolencjami i były one bardzo popularne. Chęć zyskania popularności przyczyną samobójstw? Dla mnie tozbyt daleko posunięty wniosek. W końcu na co komu popularność, jeśli jest martwy? Co do osobistych skojarzeń, to napisałam to w komentarzu na blogu Kiciora, jednak ta sprawa spać mi nie dała wczorajszej nocy. W końcu jeśli to nieduża miejscowość, to zapewne większość nastolatków, jeśli nie wszyscy mieli konto na B. Taka moda. To jak jakby u nas serię samobójstw łączyć z posiadaniem numeru gg czy loginu na gazecie.pl Mało. No, ale w końcu Kicior powtarza tylko to co było napisane w gazetach… niemniej jednak sprawa wpływu społeczności internetowej na życie codzienne w realu jest moim zdaniem dobrym tematem do drążenia.
Nie od dziś wiadomo, że konflikty w realu mają swoje odzwierciedlenie w necie. Może wyrażają się one innymi środkami, nie brak jednak tu słownej agresji, kłótni, zdrad… tworzą się grupy wzajemnie zwalczające się nawzajem… jak osobne małe plemiona walczące o skóry i ogień. Nieważne czy dzieje sie to na forum, czy miniczacie. Istotą problemu jest to, że tego rodzaju sytuacje przede wszystkim uderzają w psychikę. I jeśli trafi na mniej odporną jednostkę, nietrudno tu o załamanie, depresję czy popadanie w uzależnienie (od czegokolwiek). Sama byłam świadkiem i uczestnikiem takich zdarzeń… zachowanie wewnętrznego spokoju daje tylko świadomość nieuchronności występowania takich konfliktów. Trzeba się nauczyć albo omijać je z daleka (metoda na strusia z głową w piasku) albo umiejętne rozgrywać dyskusję jak partię szachów, gdzie miast figur toczy się walkę na argumenty… z tą jednak różnicą, że wszystkie chwyty są dozwolone… Czy młody człowiek, który w okresie dojrzewania ma z założenia więcej problemów emocjonalnych, potrafi się w tym brutalnym świecie odnaleźć? Jeśli nawet dorośli ludzie tracą nieraz cierpliwość? Szczerze wątpię. Powszechna dostępność do internetu jak i możliwość budowania internetowego wizerunku, który nieraz i nie dwa jest przekłamany na korzyść bądź niekorzyść właściciela sprawia, że coraz więcej ludzi tworzy swoją drugą twarz. I nie każdego stać na szczerość… ale czy tej bezwzględnej szczerości powinniśmy wymagać? Zwłaszcza jeśli w codziennym życiu staramy się wypaść dużo lepiej niezależnie od możliwości? Nie spłycałabym tematu do obwiniania internetu. Kiedyś go nie było a fale samobójstw także się pojawiały. Zwłaszcza w czasach, gdy od jednostki wymagano więcej niż to było konieczne. Trochę dziś tak jest. W kinie sami piękni i doskonali ludzie. W reklamach to samo… a tu człowiek z rana budzi się.. widzi swoją (zapryszczoną na przykład) gębę… potargane włosy… i odechciewa się żyć. Piszę to z perspektywy osoby,która w młodości borykała się z problemami natury egzystencjalnej… więc może dzięki temu łatwiej jest mi o tym pisać. Jeśli zna się mechanizm wpychania się w dołek, to rozumie się co oznacza “chęć zaistnienia”. Nie chodzi tu o sławę. To raczej cichy krzyk kogoś, kto czuje się niedoceniony… a w głębi duszy czuje się kimś bardzo wartościowym… ale, że otoczenie tego nie widzi – zaczyna gniew i nienawiść przerzucać na samego siebie. Stąd niska samoocena… która pojawia się pozornie bez powodu…
Pytanie czy internet może w takim wypadku pomóc, czy zaszkodzić? Myślę, że nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Niestety. Trochę tak jak w życiu, zależy na kogo lub na co się trafi. Czy te nastolatki miały pecha trafić w złe środowisko? Pokłócić się z niewłaściwą osobą? Nie da rady. Nie wymyślę co się stało. Szkoda,że tak mało wiemy o człowieku, mimo że tak wielu jego naturą się zajmuje….
W każdym razie, skoro i tak odbywamy żałobę narodową… podłączę do niej kilka świeczek więcej…
- Komentować można TUTAJ

